Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wypieki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wypieki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 11 grudnia 2015

Serniko-brownie bez cukru / Sugarless Cheesecake Brownie

Zaniedbuję tego bloga okropnie wręcz... Co chwila ktoś pyta o nowy przepis, a ja... nie mam czasu. Przez większość dni zapominam jak wygląda mój komputer. ;) Dziś udało się wykraść chwilkę.
W wyniku różnych zdrowotnych zawirowań mój ♥ zmuszony do całkowitego wykluczenia cukru ze swojej diety. CAŁKOWITEGO. Nie ukrywam, że trochę mnie to cieszy, nawet trochę bardzo, bo przecież walczę z cukrem już tak długo. :) Nie ukrywam też, że jego ucieszyło to trochę mniej. ;) W wielkim skrócie - mając totalnie, zupełnie i absolutnie dość jego narzekania, zaczęłam myśleć co by tu zrobić z tym jakże irytującym fantem pod tytułem: "Ja chcę coś słodkiego do kawy!!!" Mniej więcej w czasie mojej największej frustracji odezwała się do mnie moja siostra cioteczna z okrzykiem: Pieczemy! i tym przepisem. Odezwał się we mnie wynalazca, bo pomysł super, ale jednak cukier... Po kilku dniach grzebania w blogach polskich i zagranicznych, oto co udało mi się stworzyć. Nie podaję listy blogów, z których korzystałam, bo było ich... mnóstwo! W każdym razie poniższe połączenie jest wynikiem moich eksperymentów i polecam je każdemu, kto pozbywa się cukru ze swojej diety.


WAŻNE!!! Do przepisu koniecznie użyjcie świeżych daktyli. :)


Inspiracja TU
Przepis wegański / wegetariański / bezglutenowy
Odpowiednie dla dzieci

Składniki:
Na brownie:
2 słodkie ziemniaki/bataty (ok. pół kg)
15 świeżych daktyli
3 łyżki syropu klonowego lub daktylowego lub innego ulubionego (ja dałam daktylowy)
2/3 szklanki zmielonych migdałów
1/2 szklanki dowolnej mąki (ja dałam zmielone na pył płatki owsiane, ale można użyć pszennej, ryżowej lub innej ulubionej)
4 łyżki surowego, niesłodzonego kakao
szczypta soli

Na serek:
3/4 szklanki orzechów nerkowca, namoczonych w wodzie przez noc*
2 łyżki oleju kokosowego, rozpuszczonego
3 łyżki ulubionego słodu (miód, syrop klonowy etc.)
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego (opcjonalnie)
1 łyżeczka soku z cytryny
2-4 łyżek wody, do blendowania

świeże lub mrożone owoce (np. maliny lub borówki) - opcjonalnie

*orzechy nerkowca trzeba moczyć przez przynajmniej 2-3h, a najlepiej przez noc. Jeśli jednak zapomnisz dzień wcześniej ,,nastawić" nerkowce, możesz je włożyć do garnka, zalać wodą i gotować 15 min. To takie nerkowcowe last minute. ;)

Nagrzej piekarnik do 180°C.

Najpierw zrób serek. Wszystkie składniki na serek włóż do blendera lub rozdrabniacza i zmiksuj na gładką masę. Wody dolewaj w razie potrzeby, jeśli masa będzie zbyt gęsta. Wstaw do lodówki.

Bataty obierz, pokrój w kostkę i ugotuj do miękkości w wodzie lub na parze. Możesz je także upiec w piekarniku. Wystudź. Włóż razem z daktylami (jeżeli nie uda Ci się dostać świeżych i używasz suszonych, trzeba je wcześniej namoczyć żeby zmiękły) i syropem do pojemnika rozdrabniacza i zmiksuj na gładką masę. Pozostałe składniki brownie włóż do miski i zmieszaj. Następnie połącz je z masą batatowo-daktylową i ponownie dobrze wymieszaj.
Gotową masę przełóż na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia (użyłam małej blaszki, można również użyć tzw. keksówki).
Z lodówki wyjmij serek. Łyżeczką wykładaj "kleksy" na masę brownie i rozprowadź je fantazyjnie wykałaczką lub widelcem. Na cieście możesz ułożyć owoce.
Piecz 20min.
Smacznego!



Jesień pełna warzyw Jesienne słodkości! Kuchnia wegetariańska i wegańska

wtorek, 23 września 2014

Brownie z piwem Guinness i burakiem / Guinness Beetroot Brownie

Dziś będzie trochę prywaty. :)
Kilka lat temu spędziłam trzy cudowne lata w Irlandii. To znaczy wtedy wydawały mi się one całkiem zwyczajne, dopiero gdy wyjechałam okazało się, że tęsknię za tym krajem i za ludźmi, których tam zostawiłam, bardziej niż sądziłam. Staram się w miarę możliwości co jakiś czas odwiedzać moich ukochanych przyjaciół, ale nie zawsze jest to proste. 
Jedną z wielu rzeczy, za którą również bardzo tęsknię, jest pyszne piwo Guinness. Wiem, że nie wszyscy są jego fanami (moja Mama uznała, że Guinness jest wstrętny i udało się jej go wypić dopiero po dodaniu do niego soku porzeczkowego), ale ja uwielbiam jego kremową konsystencję i głęboki, gorzkawy smak. Mieszkając w Irlandii jakoś nigdy nie znalazłam czasu na odwiedzenie słynnej Fabryki Guinnessa przy St. James's Gate, ale nareszcie udało mi się to nadrobić. Wtedy też spróbowałam absolutnie fenomenalnego brownie o smaku Guinnessa i... buraka. Wiem wiem, brzmi to jak herezja, ale okazało się być po prostu niebiańskie! Spędziłam mnóstwo czasu próbując odtworzyć ten smak, pierwsza próba zakończyła się spektakularną klęską - ciasto było ohydne! Byłam jednak bardzo zdeterminowana i po kilku kolejnych próbach JEST! :) 
Przedstawiam przepis na absolutnie doskonałe brownie z piwem Guinness i burakiem, inspirowane wizytą w mojej ukochanej Irlandii! :)


Przepis zaadaptowany z książki "Gotuj i chudnij" Gizzy Erskine, Harry Eastwood, Sal Henley i Sophie Michell


Składniki:
250 g gorzkiej czekolady dobrej jakości min. 70% kakao (niecałe 3 tabliczki)
3 średnie jajka
220 g cukru trzcinowego (ok. 3/4 - 1 szklanki)
1 laska wanilii, przekrojona wzdłuż, nasionka osobno (ja nie miałam akurat wanilii i dodałam łyżeczkę ekstraktu waniliowego)
2 łyżki syropu klonowego*
2 łyżki płynnego miodu
80 g mąki (2/3 szklanki)
1/2 płaskiej łyżeczki proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki soli
25 g ciemnego kakao (ok.1/4 szklanki)
50 g zmielonych migdałów (ok.1/2 szklanki)**
250 g surowych buraków, obranych i startych na tarce o małych oczkach (ja daję ok. 3 spore buraki)
100 ml piwa Guinness*** (koniecznie tego z dużej czarnej puszki! ten w małej butelce NIE PASUJE! vide: moja próbna katastrofa)
30 ml oleju słonecznikowego (ok. 1/8 szklanki)****

Polewa: (opcjonalnie, ja nie robiłam)
150 g gorzkiej czekolady dobrej jakości
3 łyżki mocnej, czarnej kawy*****
1 łyżeczka esencji waniliowej
3 łyżki płynnego miodu

Uwagi do składników:
* raz miałam syrop klonowy, innym razem nie, wtedy zwiększyłam ilość miodu do 4 łyżek
** migdałów używamy, aby zmniejszyć ilość mąki. Sprawiają one, że ciasto jest lżejsze. Ja swoje migdały mielę w blenderze lub rozdrabniaczu, ale w wyjątkowych przypadkach można je pominąć i zwiększyć wtedy ilość mąki
*** w oryginalnym przepisie zamiast Guinnessa była kawa, którą można tu dodać zamiennie z braku piwa
**** wszystkie proporcje "szklankowe" są podane na szklankę o pojemności 250 ml
***** nie robiłam polewy, ale przypuszczam, że w tym przypadku również można zamienić kawę na piwo :)


Rozgrzać piekarnik do 160°C (termoobieg 140°C).
Blaszkę do pieczenia wysmarować olejem za pomocą pędzelka (moja blaszka ma wymiary 25/36 cm i ciasto wychodzi dość cienkie, ale takie właśnie lubimy).
Rozpuścić czekoladę w rondelku zanurzonym w garnku z gorącą wodą i odstawić do przestygnięcia.
W międzyczasie w dużej misce ręcznym mikserem elektrycznym ubić jajka z cukrem, wanilią, miodem i syropem klonowym (ma powstać pulchna, bardzo jasna masa - potrwa to kilka minut).
Do masy dodać mąkę, proszek do pieczenia, sól, kakao i mielone migdały i wszystko razem delikatnie wymieszać szpatułką.
Starte buraki osuszyć dokładnie papierowym ręcznikiem, aby usunąć jak najwięcej wilgoci (ja zakładam rękawiczki lateksowe i odciskam nadmiar płynu przez papier).
Za pomocą szpatułki do masy wmieszać buraki, przestudzoną czekoladę, piwo i olej (ciasto będzie miało dość kontrowersyjny kolor... ;) i będzie dość płynne).
Gotową masę przełożyć do blaszki (lub okrągłej tortownicy) i wstawić na półtorej godziny na środkową półkę piekarnika (co jakiś czas sprawdzać, czy się nie przypala z wierzchu). Przykryć ciasto folią i piec jeszcze 30 min. Sprawdzić patyczkiem na środku ciasta, czy jest już upieczone. Patyczek powinien być suchy, choć ciasto to z natury jest tak wilgotne, że nawet po upieczeniu patyczek może być trochę nim oblepiony.
Wyjąć ciasto z piekarnika i pozostawić do ostygnięcia.
Można na tym zakończyć pracę i podawać ciasto samodzielnie lub z kulką lodów waniliowych - POLECAM!

Polewa:
Rozpuścić czekoladę w rondelku zanurzonym w garnku z gorącą wodą, odstawić i wlać kawę oraz esencję waniliową. Czekolada może się wydawać dość gęsta, ale po wymieszaniu z miodem znów stanie się płynna. Odstawić na 15 min do wystygnięcia. Oblać ciasto polewą.

Nie mogłam się powstrzymać i skubnęłam trochę zanim zdążyłam zrobić zdjęcie ;)



A oto oryginał: Guinness Beetroot Brownie / Guinness Factory :)


A to ja próbuję nalać idealnego Guinnessa... Wbrew pozorom nie jest to takie proste ;)

Guinness w różnym stadium "opadania" :) Uwielbiam na to patrzeć :)


Mwah! <3

:)



Kulinarna pamiątka z wakacji 2014Tydzień z piwem w tle Ciacho na widelcu
Tydzień z piwem w tle v. II









poniedziałek, 1 września 2014

Sernik bardzo malinowy {W dwóch wariantach} / Very Raspberry Cheesecake {Two Ways}

Nie jestem zwolenniczką praco- i czasochłonnych przepisów na ciasta, serniki, wypieki itd., poza tym nie przepadam za słodkim smakiem, ale czasem, ze względu na Domownika, coś mnie najdzie i wtedy tworzę. Z takiego właśnie ataku weny twórczej powstał ten bardzo malinowy sernik (i dwa małe jeżynowe - nadmiar materiału hehe), który jest tak leciutki, że w zasadzie przypomina ptasie mleczko o delikatnym, malinowym posmaku. Pyszny. :)


 Przepis własny (oczywiście szukałam wskazówek w internecie, ale jednak mieszałam wszystko na własną odpowiedzialność)
Przepis wegetariański z opcją bezglutenową

Składniki:

Na spód:
2 op herbatników po 100g każde (ja użyłam herbatników Petit Beurre)
1/2 kostki masła
1/4 szklanki wiórków kokosowych (opcjonalnie)

Na masę:
1 op 500 g serka mascarpone
1 op 500 g śmietanki 30-36% (ja użyłam z kartonika)
4 łyżeczki żelatyny
6 łyżek zimnej wody (do rozpuszczenia żelatyny) 
150 g cukru (ja dałam trzcinowy, a jeśli chcemy podać deser dziecku, można zamienić cukier na ksylitol)
maliny (u mnie prawie całe opakowanie, w których sprzedają maliny na targu, takie kartonowe)
1 łyżka soku z cytryny (opcjonalnie)

Do dekoracji:
kilka malin
kilka jeżyn (opcjonalnie)
galaretka malinowa

*Przepis można łatwo zaadaptować dla potrzeb diety bezglutenowej. Wystarczy zwykłe herbatniki zamienić na bezglutenowe.

Przygotowanie spodu:

Wariant 1. 
Zmiksować herbatniki w rozdrabniaczu. Roztopić masło w kąpieli wodnej. Wymieszać herbatniki z masłem i wiórkami kokosowymi. Wylepić formę, mocno przycisnąć. Piec 20-25 min w 180°C. Wystudzić zupełnie.

Wariant 2.
Wrzucić do rozdrabniacza herbatniki, masło i wiórki kokosowe (masła nie trzeba wcześniej topić), zmiksować wszystko razem, wylepić formę, mocno przycisnąć, włożyć do zamrażalnika na 15 min (taki spód trochę bardziej się kruszy).


Przygotowanie masy:

Wariant 1.
Zmiksować serek mascarpone z 2/3 ilości cukru i ze wszystkimi malinami (odłożyć kilka do dekoracji). Schłodzoną śmietankę ubić z resztą cukru. Żelatynę zalać zimną wodą do napęcznienia. Zmiksować masę serową z żelatyną. Dodać ubitą śmietankę (nie musi być bardzo sztywna). Wymieszać. Wyłożyć na przygotowany spód. Wstawić do lodówki do stężenia.

Wariant 2.
Zalać żelatynę zimną wodą i zostawić do napęcznienia. Wszystkie składniki zmiksować razem w jednej misce. Jeśli zostanie trochę masy (mi zostało, bo miałam mniejszą formę), można zmiksować kilka jeżyn, wmieszać do masy (zmieni kolor na fioletowy!) i zrobić mini serniczki albo deserki w szklance lub salaterce. Jedne i drugie wstawić do lodówki do stężenia.

*Ponieważ w moich jeżynowych mini serniczkach siłą rzeczy było mniej żelatyny niż w całości (po rozrzedzeniu musem jeżynowym), dolałam odrobinkę galaretki, ale i tak wyszły mniej ścięte niż całość - co nie znaczy, że mniej smaczne! :)

Różowa masa przed dodaniem śmietany...

Po dodaniu śmietany...

Trudno się powstrzymać... Masa serowa jest przepyszna! :)

Jeżynowy mini serniczek...


Dekoracja:

Wariant 1.
Przygotować galaretkę według przepisu na opakowaniu (ja zawsze daję trochę mniej wody). Deser udekorować owocami. Pozwolić galaretce trochę stężeć (wystudzić i wstawić na jakiś czas do lodówki, ale pilnować, żeby się zupełnie nie ścięła, tylko trochę zgęstniała) i zalać nią owoce. Wstawić do lodówki, najlepiej na całą noc.

Wariant 2.
Udekorować sernik lub mini serniczki dowolnymi owocami. Schłodzić

Smacznego!







Karola
Ciacho na widelcu

czwartek, 3 lipca 2014

Tarta z truskawkami i lekkim kremem cytrynowym / Strawberry Tart with Light Lemon Filling

Ostatnio ciągle na słodko... Miało być dzisiaj na wytrawnie, ale z tym przepisem muszę się pospieszyć, bo został specjalnie zamówiony. :) Przepis oryginalny pochodzi z magazynu Food&Friends. Piękne zdjęcia i ciekawe przepisy. To, co lubię najbardziej (ogólnie chyba powinnam zacząć leczyć moje kompulsywne kupowanie gazet o jedzeniu heh). Tartę zrobiłam wspólnie z Ciocią, która również uwielbia kulinarne eksperymenty. :) Rodzinka uznała, że jest super. To najlepszy komplement. Co prawda tak się wczułam w dekorowanie, że zajęło ono więcej czasu, niż samo robienie tarty, ale można ją przecież udekorować w dowolny sposób. Polecam przepis, póki jeszcze są truskawki! :)


Przepis oryginalny - magazyn Food&Friends nr. 3/2014 odrobinę zmodyfikowany.

Składniki:

Spód:
90 g cukru pudru
270 g mąki pszennej
180 g masła o temperaturze pokojowej
1 żółtko

Krem cytrynowy:
250 ml mleka
2 łyżeczki ekstraktu waniliowego lub śmietankowego
5 łyżek cukru - 2 do mleka i 3 do żółtek (jak ktoś lubi bardziej słodko, można dać po 3 łyżki)
3 żółtka
2 łyżki mąki kukurydzianej
50 g masła o temperaturze pokojowej (ok. 2 duże łyżki)
skórka starta z 1 cytryny (ja dałam z połowy)
sok wyciśnięty z 1/2 cytryny

Do podania:
truskawki

Ze wszystkich składników zagnieść szybko ciasto, po czym odłożyć je na 30 min, aby odpoczęło. Nagrzać piekarnik do 180°C. Nasmarować masłem dużą formę do tarty (najlepiej z odpinanym brzegiem). Przygotowane ciasto rozwałkować, wyłożyć nim formę i wstawić do zamrażalnika na 10 min. Jeżeli pozostanie trochę niewykorzystanego ciasta, można je przechowywać w lodówce ok. 5 dni albo w zamrażalniku, zawinięte w folię spożywczą, do kolejnego pieczenia. Wyjąć formę z zamrażalnika i zrobić widelcem otwory w cieście - jak na fotografii poniżej (zawsze myślałam, że wystarczy kilka dziurek, ale Ciocia wyprowadziła mnie z błędu hehe). 


Można również wyłożyć na wierzch papier do pieczenia i obciążyć suchą fasolą lub grochem albo specjalnymi kulkami, jeśli ktoś posiada. Piec ok. 13-15 min. Odstawić do ostygnięcia.

Ubić żółtka z 3 łyżkami cukru i mąką kukurydzianą na puszystą masę. Mleko zagotować z ekstraktem waniliowym, 2 łyżkami cukru i skórką z cytryny. Ubite żółtka przelać do mleka i gotować na wolnym ogniu, przez cały czas ubijając trzepaczką, aż krem zgęstnieje (trwa to ok. pół minuty). Odstawić masę aby nieco ostygła. Następnie dodać masło i sok z połowy cytryny i ponownie dobrze wymieszać. Jeśli w kremie zrobią się grudki, można go przelać przez sitko. 
*Krem można przechowywać w lodówce pod przykryciem przez 2 dni.


Na upieczony i ostudzony spód wyłożyć chłodny krem i rozsmarować tak, aby na całej powierzchni był równo rozprowadzony. Włożyć na 15 min do lodówki, aby troszkę stężał. Udekorować truskawkami. Można ponownie włożyć do lodówki aby tarta dobrze się schłodziła. Podawać na zimno.
Smacznego! :)






Karola
Dania na zimno - czyli co jeść w upalne dni Lato w pełni!

środa, 16 kwietnia 2014

Sernik Złota Rosa / Golden Drops Cheescake

Żeby nie było, że taki ze mnie jedzeniowy faszysta, czasem cukier w ilości większej niż niezbędna w mojej kuchni się pojawia. Bezapelacyjnie najlepszy i najszybszy do zrobienia sernik, jaki kiedykolwiek jadłam. W sam raz dla zabieganych na zbliżającą się Wielkanoc (chociaż często, na prośbę Domownika, robię go zupełnie bez okazji). Nie będę się rozpisywać. Po prostu polecam spróbować. Przepis znalazłam na blogu u Margarytki, który bardzo serdecznie polecam. :)


Oryginalny przepis TU

W mojej wersji przepisu zmniejszyłam nieco ilość cukru, ale i tak sernik wychodzi pyszny i bardzo słodki. Podaję przepis oryginalny z moimi uwagami.
Dodatkowo, w przepisie Margarytki. w przypadku masy serowej należy czynności wykonywać po kolei. Ja, robiąc go pierwszy raz (a był to w ogóle pierwszy raz w moim życiu, kiedy porwałam się na robienie sernika), oczywiście nie doczytałam, radośnie władowałam wszystko do miski, zmiksowałam na jednolitą masę i wylałam na blachę z ciastem. Jak doczytałam, że to nie tak, że to trzeba po kolei, powoli itd., o mało się nie popłakałam. Myślałam że absolutnie nic z tego nie wyjdzie, że już na starcie schrzaniłam sprawę dokumentnie. Ponadto, w mej błogiej niewiedzy, co chwila otwierałam piekarnik, trzaskałam drzwiczkami, dźgałam ser paluchem, żeby sprawdzić, czy już stężał, słowem - robiłam wszystko to, czego w przypadku sernika podobno robić nie wolno. I wiecie co? I WYSZEDŁ! I zawsze wychodzi - bez pudła! Czasem nazywam go sernikiem "idiotoodpornym", bo jest w stanie przetrwać wszystko i za każdym razem jest tak samo smaczny. :)


Składniki na duża blaszkę:

Ciasto:
2 szklanki mąki
2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 szklanki cukru (ja daję 1/3)
1 łyżka cukru waniliowego
250 g masła albo margaryny
3 żółtka (białka zostawić)

Wszystkie składniki włożyć do miski i zagnieść ciasto, aż będzie gładkie. Ciasto będzie dosyć lepiące.
Prostokątną dużą blachę posmarować tłuszczem, wysypać mąką i dno wylepić ciastem. Można też blachę wyłożyć po prostu papierem do pieczenia. Podpiec spód przez 15 min / 200 stopni. Można nie podpiekać, ale istnieje ryzyko, że zrobi się mały zakalec (nie wiem od czego to zależy, czasem podpiekałam, a czasem nie i zakalec czasem się robił, a czasem nie. Nie ma reguły, chyba że to tylko ja tak mam.)
 
Masa:
1 kg twarogu z wiaderka (nie jest to reklama, ale używam tylko President lub Dr.Oetker. Raz się skusiłam i kupiłam tańszy ser firmy krzak i to był ten jeden, jedyny raz, kiedy sernik był WSTRĘTNY)
4 całe jaja
1 szklanka cukru (ja daję 3/4 szklanki i w zupełności wystarcza)
1 budyń śmietankowy
1 cukier waniliowy
2 szklanki zimnego mleka (3,2%)
sok z połowy cytryny
1/2 szklanki oleju

Rosa:
Białka od ciasta +1/2 szklanki cukru
*szklanka, której używam ma pojemność 250 ml

Wszystkie składniki masy wrzucić do miski i porządnie zmiksować. :) Wylać na podpieczony i ostudzony spód. UWAGA - masa serowa jest bardzo lejąca.
Piec około 60 minut w temperaturze 175 - 180 stopni bez termoobiegu.  
Na 15 minut przed końcem pieczenia wyciągnąć blaszkę i wyłożyć na ciasto pianę ubitą z 3 zostawionych białek z 1/2 szklanki cukru, wstawić do piekarnika i piec jeszcze 15 minut.
Dobra rada: po około 30 minutach (od wstawienia do piekarnika) włączyć dodatkowo dolną grzałkę, aby podpiec spód (jeśli ktoś nie posiada to po prostu zestawić blaszkę na niższy poziom).
Po upieczeniu wyciągnąć ciasto z piekarnika i zostawić do wystygnięcia. Gdy ciasto ostygnie pojawią się na nim piękne krople, które będą wyglądały jak złota rosa (pod warunkiem, że na górze nie zrobi się beza - trzeba na to bardzo uważać! Ja dla pewności wyciągam ciasto z pieca już jak piana z białek się zezłoci, ale w niektórych miejscach nadal jest biała).

Ciasto zostawić do całkowitego wystudzenia (u mnie zawsze znajdzie się ktoś, kto uszczknie kawałek jeszcze jak ciasto jest ciepłe, a potem następny, i następny... i rzadko kiedy ciasto zdąży porządnie wystygnąć hehe. Pomijam fakt, że pojawianie się kolejnych kropel zawsze witane jest szaloną ekscytacją większości obecnych. Za pierwszym razem obserwowałam ciasto jak jastrząb aż do pojawienia się pierwszej kropelki, którą powitałam szalonym okrzykiem radości. Powiem tak - to się nigdy nie nudzi hehe). Jeśli jakimś cudem ciasto wytrzyma do rana (i na wierzchu, jak wcześniej wspomniałam, podczas pieczenia nie zrobi się beza), kropelki pojawią się przez noc (same!) i będą pięknie wyglądały.




Karola

piątek, 28 lutego 2014

Pełnoziarniste pączki pieczone {Chudy Czwartek} / Wholewheat Baked Doughnuts

Eksperyment. :) 
Niektórzy mówią, że raz w roku można się objeść pączkami bez wyrzutów sumienia. A i owszem. Ja zaczęłam już wczoraj. ;) Jednocześnie stwierdziłam, że raz w roku mogę się pokusić o eksperymentowanie z pieczeniem, ponieważ na ogół nie piekę w ogóle. Raczej nie jemy słodyczy (ja nie przepadam), a po wielu katastrofach piekarnikowych pieczenie stało się dla mnie udręką i zaprzestałam w ogóle. Dzisiaj robię wyjątek i próbuję przekształcić tradycyjny Tłusty Czwartek w jego choć trochę zdrowszą wersję. :)

 
Przed rozpoczęciem przygody z pączkami czytałam mnóstwo przepisów (każdy inny, oczywiście), ale ostatecznie sugerowałam się TYM, TYM, TYM i TYM przepisem, oraz TYMI wskazówkami (i milionem innych, łącznie ze spanikowanym telefonem do guru wypieków, czyli mojej Babci). ;)

Przepis autorski, inspirowany
Przepis wegetariański
Odpowiednie dla dzieci

Uwaga, nadaję na żywo. Ciasto siedzi w cieple i powinno rosnąć. Aż boję się zajrzeć... 
Jak dotąd:
1. Do prania - wszystko co mam na sobie.
2. Do zmywania - 5 misek, 5 łyżek, kuchenka, garnek itd. Generalnie - WSZYSTKO.
3. Prawa ręka - do wymiany. Okazuje się, że wyrabianie ciasta drożdżowego nie jest takie proste. Ręka boli już teraz, a co będzie z nią jutro? Nawet nie chcę myśleć. Przy całym tym wyrabianiu spociłam się bardziej niż przy ćwiczeniach z Chodakowską. ;)
4. Pomijam rozsypanie cukru i mąki, bo to przecież oczywiste, nie? ;)

Ciiiii, chyba rośnie... 


Dobra, dranie siedzą w piecu... 


Składniki na ok. 25 szt. niewielkich pączków:

100 ml ciepłego mleka
50 g świeżych drożdży (przeważnie drożdże są w 100 g op., więc wystarczy przełamać je na pół, absolutnie nie kroić!)
1 i 3/4 kubka mąki pszennej pełnoziarnistej
1/2 kubka białej mąki pszennej typ 500 (tak dla pewności, bo bałam się użyć samej pełnoziarnistej, żeby nie wyszły gnioty) + trochę do podsypania
2 łyżki cukru trzcinowego Demerara + 1 łyżeczka do rozczynu
3/4 łyżeczki soli
3 jajka
170 g prawdziwego masła, stopionego w kąpieli wodnej (jak ktoś nie ma wagi, wystarczy odkroić 1/4 z 200g kostki masła i orientacyjnie wyjdzie tyle, ile ma być), lub masła klarowanego, które przed dodaniem trzeba stopić
jajko do posmarowania
około 300 g miękkiej marmolady o smaku różanym lub marmolady truskawkowej ewentualnie wieloowocowej lub innej ulubionej
papilotki (jak do muffinów)
szklanka do wycinania krążków z ciasta (u mnie o średnicy 7 cm)

Uwaga: drożdże, masło i jajka trzeba wyjąć wcześniej z lodówki aby się ociepliły. Masło należy stopić, najlepiej w kąpieli wodnej.

Z drożdży zrobiłam rozczyn - wymieszałam ciepłe mleko (nie może być za ciepłe ani za zimne. Najlepiej podgrzać mleko, ostudzić troszkę i wykonać "test palca" - włożyć palec i jeśli wytrzyma 10 sekund bez poparzenia, to znaczy, że mleko ma odpowiednią temperaturę), pokruszone drożdże, 1 łyżeczkę cukru i 1 łyżkę mąki, odstawiłam do wyrośnięcia na 15 minut pod przykryciem ze ściereczki. Rozczyn ma się dość mocno spienić. Naczynie z drożdżami można wstawić do garnka z bardzo ciepłą wodą, to pomoże drożdżom wyrosnąć (ciepła woda utrzyma ciepłe mleko).  Oczywiście mój rozczyn po prostu MUSIAŁ spienić się do tego stopnia, że wyleciał z naczynia i musiałam szybko przelewać go do większej miski. Do dużej miski przesiałam mąkę, dodałam cukier, sól i wymieszałam. I tu znowu dygresja. Z mąki pełnoziarnistej po przesianiu na sitku zostaje całe dobro, czyli część nieoczyszczona, która jest na tyle "gruba", że nie przechodzi przez oczka sitka. Poradziłam sobie z nią w ten sposób, że wypukłą częścią łyżki po prostu przetarłam ją przez sitko.



Następnie wlałam rozczyn drożdży do miski i wymieszałam drewnianą łyżką. Dodałam po kolei jajka mieszając ponownie składniki drewnianą łyżką. Następnie wyrabiałam ręką przez około 10 minut (można to robić przez 7 minut za pomocą haka miksera co polecam, bo przy wyrabianiu ręcznym myślałam, że mi ręka odpadnie). Wybrudziłam się cała, a spociłam przy wyrabianiu tak, że tylko czekałam na prysznic. Porcja ćwiczeń na dzień dzisiejszy zaliczona. ;) Następnie przepis mówi, żeby dodawać po kawałeczku miękkie masło, cały czas wyrabiając rękami (około 10 minut) lub miksując hakiem (około 7 minut). Bzdura, moim skromnym zdaniem. Myślałam, że nigdy nie "wrobię" masła do ciasta i uważam, że masło należy stopić i pomału wlewać płynne do ciasta, cały czas wyrabiając. Dostałam potwierdzenie, że mam rację w momencie, kiedy po dodaniu masła ciasto zaczęło odstawać od dłoni. Myślałam, że rozpłaczę się ze szczęścia. Śmiałam się jak głupi do sera, a z każdą kroplą masła ciasto było coraz elastyczniejsze. Na koniec mamy otrzymać elastyczne i błyszczące ciasto, które będzie odklejało się (ześlizgiwało) z ręki i boków miski, i tak też się stało, amen. ;) Ciasto przykryłam ściereczką i odstawiłam na 1 godzinę do wyrośnięcia (ciasto powinno znacznie się napuszyć, jednakże w przypadku mąki pełnoziarnistej należy się cieszyć, jeśli w ogóle ruszy swoją objętość - ja się cieszyłam).



Można je zostawić nawet na 1,5h blisko źródła ciepła, bez przeciągów, najlepiej w płaskiej i szerokiej misce. Wtedy najlepiej rośnie. Wyrośnięte ciasto uderzyłam pięścią (tak mówił przepis, ale i tak sprawiło mi to dziką radość) i szybko zagniotłam ręką. Złączyłam ciasto w jedną kulę (nie będzie sztywna), wyłożyłam na blat podsypany mąką, przewróciłam na drugą stronę i obtoczyłam w mące. Dłońmi rozpłaszczyłam ciasto na placek o grubości około 1 cm (nie bez znaczenia jest tu fakt, że nie posiadam wałka do ciasta), w razie potrzeby należy oprószyć blat i ciasto mąką aby ciasto się nie kleiło. Ja tak zrobiłam. Szklanką wycinałam kółka. Każde rozpłaszczałam w dłoni i na środek kładłam pół łyżeczki marmolady (u mnie różana - jedyna słuszna).


Składałam każde kółko na pół, lepiłam brzegi jak w pierogach, a następnie zbierałam łączenie w jednym miejscu. Ulepioną w ten sposób kulkę wkładałam łączeniem do dołu do papilotki (część, celem dokonania eksperymentu, układałam po prostu na blasze, na papierze do pieczenia, łączeniem do dołu, w dość dużych odstępach - ciasto podwoi swoją objętość podczas pieczenia. No, może z tym podwojeniem trochę przesadziłam, ale jednak trochę urosły). Przerobiłam w ten sposób resztę ciasta. Na koniec wycinki z ciasta zebrałam w jedną kulkę i też zrobiłam z niej pączka. Papilotki z pączkami układałam na blaszce z zachowaniem odstępów. Ja część piekłam w papilotkach, część bez. Pierwsze bez papilotek wyszły trochę jak małe placuszki, ale już ostatnie były spoko. Pączki odstawiłam jeszcze na 1/2 godziny do podrośnięcia, ale nie dało to zbyt wielkiego rezultatu, chociaż wg. przepisu ciasto miało mniej więcej dwukrotnie zwiększyć objętość. Przypuszczam, że dotyczy to pączków z białej mąki.

 
Piekarnik nagrzałam do ok. 190ºC (góra i dół bez termoobiegu). Wierzch pączków posmarowałam roztrzepanym jajkiem, ogrzanym do temp. pokojowej, i wstawiłam do nagrzanego piekarnika do środkowej części.


Piekłam przez około 15-20 minut. Nie można ich piec zbyt długo bo stwardnieją. Od razu wyjęłam z piekarnika. Studziłam przez około 10 minut, następnie polukrowałam lukrem z syropem klonowym, a resztę posypałam przesianym przez sitko cukrem pudrem.

A tak te małe potwory wyglądają po upieczeniu:

Te pierwsze wyszły trochę jak placuszki, nie jak pączki...



Hmm, te drugie trochę jak muffinki, też nie jak pączki...

TRENING CZYNI MISTRZA! HA!

 
Krótkie podsumowanie:

 1. Robienie pączków to ciężka i czasochłonna praca. Gdybym wcześniej wiedziała ile z tym roboty, prawdopodobnie zaczęłabym o 6 rano... albo w ogóle ;)
2. Pączki z mąki pełnoziarnistej są PRZEPYSZNE (moim skromnym zdaniem).
3. Czy za rok zdecyduję się na robienie pączków? HELL NO! Przynajmniej na dzień dzisiejszy nie mam tego w planach. No, chyba że za rok będę posiadała wielką kuchnię, 3 roboty kuchenne i parę osób do pomocy, to może się zastanowię. ;)
4. A tak poważnie - chyba jednak były warte zachodu. :)

Przepis, trochę przewrotnie, dodaję do akcji Bardzo Tłusty Czwartek na Mikserze Kulinarnym ;)

Bardzo Tłusty Czwartek 2014


Karola